Szukasz fotografa na ślub, ale przeraża Cię sztuczne pozowanie? Zobacz, jak wybrać mądrze i po prostu być sobą.
Przeglądasz setki pięknych kadrów na Instagramie. Zastanawiasz się, kto będzie z Wami przez te kilkanaście intensywnych godzin. Boisz się poczucia bycia reżyserowaną, ustawiania do każdego zdjęcia i wymuszonych uśmiechów. Rozumiemy to. Dlatego usiedliśmy przed mikrofonami, żeby opowiedzieć, jak wygląda praca na ślubie od kuchni. Zobacz, na co zwrócić uwagę, by w dniu ślubu mieć wokół siebie ludzi, przy których po prostu weźmiecie głęboki oddech.
Transkrypcja:
Cześć, tu Dawid i Przemek z Milewidziani.
Zazwyczaj stoimy po drugiej stronie obiektywu i jesteśmy cichymi obserwatorami Waszego dnia. Tym razem usiedliśmy przed mikrofonami, żeby przegadać godzinę o tym, co najważniejsze w wyborze ekipy foto-video na ślub. Bez marketingowego żargonu, bez owijania w bawełnę. Z samego środka weselnego parkietu.
Jeśli wolicie czytać niż słuchać (albo szukacie konkretnego fragmentu), poniżej znajdziecie pełny zapis naszej rozmowy. Zaparzcie kawę i rozgośćcie się.
Jak to się wszystko zaczęło? Rowerem na ślub
Dawid: Cześć. Wybór fotografa i filmowca to jedno z najtrudniejszych zadań w trakcie planowania ślubu. Jak to zrobić, żeby to wszystko zagrało? Jak wybrać z tysięcy ofert? Dlatego właśnie dziś jest z nami mój przyjaciel, fotograf, laureat wielu nagród fotograficznych, Przemysław Kryściak. Cześć Przemku, jesteś gotowy?
Przemek: Dzień dobry, witam wszystkich bardzo serdecznie! Możemy zaczynać. Mam nadzieję, że jakoś to pójdzie dobrze.
Dawid: Tak się zastanawiam, od czego by tu zacząć… Może zaczniemy od tego, jak się w ogóle poznaliśmy? Pamiętasz?
Przemek: Historia jest wręcz nietuzinkowa. Mieliśmy wspólnego kolegę, Krzysia (jeżeli kiedykolwiek to obejrzy, to oczywiście pozdrawiamy!). Wpadłem na pomysł, że moglibyśmy z kimś pojeździć na rowerze w większym gronie. Ty też wtedy zaczynałeś jeździć.
Dawid: Krzysiu znał też Ciebie, więc stwierdziliśmy, że spotkamy się wszyscy razem.
Przemek: Spotkaliśmy się dzień wcześniej na wspólnej imprezie… i to był ostatni moment, kiedy widzieliśmy Krzysia razem (śmiech). To było ze 14-15 lat temu. Ale my wytrzymaliśmy. Zrobiliśmy razem mnóstwo kilometrów na rowerze: Rumunia, Albania, Czarnogóra, Słowenia, Chorwacja. Sama przygoda z fotografią zaczęła się tak naprawdę od tych wypraw rowerowych.
Jak wybrać fotografa, gdy Instagram pęka w szwach?
Dawid: Dobra, to przejdźmy do konkretu. Pary przeglądają setki zdjęć w internecie i ciężko im z tego wyłonić fotografa. Na co powinny zwrócić uwagę, wybierając gościa, z którym spędzą te 12 godzin?
Przemek: Szczerze? Wcale się nie dziwię, że jest ciężko. Zdjęć w sieci są miliony. Jeżeli przeglądamy Instagrama, to wiadomo, że trafiają tam tylko największe „sztosy”. Najlepsze z najlepszych. Nawet jeżeli fotograf robi kolaż z reportażu, to wybiera z niego najlepsze 10, może 20 kadrów. A wiadomo, że cały dzień reportażu nie składa się z dwudziestu zdjęć. To jest 500, 600, a jak się dużo dzieje, to nawet i 900 kadrów.
Dlatego według mnie najlepiej poprosić o możliwość obejrzenia pełnego materiału. Chociaż tych 100-200 zdjęć, żeby mieć ogląd na całą sytuację. Żeby zobaczyć ten prawdziwy storytelling, całą opowieść – od momentu, kiedy przyjeżdżamy na przygotowania, aż do momentu, kiedy znikamy z sali. Wtedy młodzi mogą obiektywnie ocenić, czy ten styl fotografowania jest dla nich.
Dawid: Jasne. Ale tu mówisz o pierwszym wrażeniu. Ja bym sprawdził jeszcze jedno: czy ten gość, z którym spędzisz te 10-12 godzin, po prostu nie jest wkurzający.
Przemek: O, wejdę Ci w słowo. Najgorszy moment to ten, kiedy fotograf bądź operator kradną całe show na weselu. Tacy, którzy robią wokół siebie mnóstwo szumu. My mamy inny styl. Pojawiamy się w momentach, kiedy musimy się pojawić – gdy trzeba ustawić gości, poprowadzić grupę. W pozostałym czasie po prostu jesteśmy jak duchy.
Dawid: Chodzi o ten dokumentalny, dyskretny styl. Zdarzają się sytuacje, że przejmujemy pałeczkę i reżyserujemy, ale nie chcemy z całego ślubu robić jednej wielkiej ustawki.
Przemek: Trochę nawiążę tu do mojej drugiej pasji – fotografii przyrodniczej. Jeśli fotografujesz przyrodę, to nie chcesz za bardzo w nią wnikać. Kiedy podchodzisz zbyt blisko, stajesz się inwazyjny i zaczynasz przeszkadzać. Na weselu działa to tak samo. Lepiej być z tyłu i fotografować tak, żebyśmy byli niewidoczni, żeby ludzie nie spinali się na widok aparatu. Oczywiście, gdy para wymaga poprowadzenia, potrafimy przejąć stery, ale wciąż robimy to spokojnie, bez nachalnego biegania wszędzie. Trzeba mieć oczy z tyłu głowy, słuchać co się dzieje, obserwować.
Ekipa z przypadku vs. zgrany duet
Dawid: A co się dzieje na weselu, gdy fotograf i filmowiec się nie znają?
Przemek: (śmiech) Mogą dojść do sytuacji „stycznych”, że tak powiem… Może czasem wyglądać to jak zderzenie Titanica z górą lodową. Mówiąc wprost – możemy sobie wchodzić w drogę. Porównałbym to do debla w tenisie stołowym. Jeśli gracze się nie znają, nie wiedzą, gdzie kto stanie. Na weselu jest tak samo. Jeśli ekipy się nie znają, nie wiedzą, w którym momencie i z której strony ta druga osoba pojawi się w kadrze. Choćby podczas wyjścia z kościoła. Oczywiście czasem współpraca od początku jest idealna, ale to ryzykowna loteria.
Dawid: Czy uważasz, że dla pary młodej bezpieczniejszym wyborem jest wzięcie ekipy, która się po prostu zna?
Przemek: Oczywiście. Jesteśmy ze sobą zgrani, znamy się bez słów. Często nawet nie wiemy, gdzie w danej chwili stoi ten drugi, ale wystarczy jedno spojrzenie, kiwnięcie głową z drugiego końca sali i już wiemy, o co chodzi. To oszczędza masę czasu i stresu. Kiedy mamy np. 10 minut opóźnienia na przygotowaniach, a musimy działać, my nie tracimy czasu na ustalanie, kto gdzie staje. My po prostu robimy swoje.
Opowiem pewną historię z doświadczenia. Kiedyś, gdy nie mogłeś ze mną pracować, pojechałem z drugą fotografką (moją ówczesną narzeczoną, a teraz żoną, Kaśką) na ślub do Brzezin. Byliśmy umówieni na konkretną godzinę. Nagle dzwonią do nas młodzi i zdenerwowani pytają, gdzie my jesteśmy, bo filmowcy z innej firmy już przyjechali. Okazało się, że tamta ekipa miała problem z komunikacją. Uspokoiłem ich: „Słuchajcie, spokojnie, my przyjedziemy na nasz czas, niech oni sobie kręcą materiał z Panem Młodym”. My dojechaliśmy punktualnie i wszystko skończyło się dobrze, ale to pokazuje, ile stresu kosztuje parę brak zgrania między podwykonawcami. Mając jedną ekipę, unikacie takich sytuacji. A jak się spóźnimy (co nam się raczej nie zdarza, jesteśmy zawsze godzinę przed czasem!), to chociaż obaj na raz. Zresztą… bywało, że to parze młodej padało auto.
Dawid: Pamiętam! Awaria chłodnicy. Albo ten Maluch pod kościołem, który nie chciał zapalić i trzeba było go odpalać na popych. Nasza obecność i nasza współpraca polega też na tym, że niezależnie od warunków, na koniec oddajemy Wam spójny materiał. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której otrzymujecie zdjęcia w ciepłych tonacjach i zimny, niepasujący film. Wszystko musi stanowić spójną historię.
O jedzeniu kotletów i robieniu zdjęć
Dawid: Wiesz co jest fajne? Dla mnie najważniejsze nie jest to, żeby zrobić „perfekcyjne” zdjęcie jedzenia, tylko to, by uchwycić, jak dziadkowie trzymają się za ręce.
Przemek: Koniecznie trzeba to zaznaczyć: my nie podchodzimy do stołów, kiedy jest „jedzonko”. Z ciastem to inna sprawa…
Dawid: (śmiech) Do ciasta to ja chętnie podchodzę!
Przemek: Ale kiedy jesz na przykład schabowego, to my nie robimy zdjęć. Pamiętam, jak sam byłem gościem na weselu. Jem sobie drugie danie, a fotograf stanął centralnie przede mną i robił mi zdjęcia, jak przeżuwam ziemniaczki. Czułem się potwornie niekomfortowo. Jedzenie to czynność intymna. My staramy się być w tym czasie równie dyskretni, co na reszcie imprezy.
Dawid: Co najbardziej lubisz w tej pracy?
Przemek: To, że pozornie za każdym razem idziemy na wesele robić to samo – pstrykać zdjęcia. A w rzeczywistości każde wesele jest inną historią. Inni ludzie, inne sale, inna energia. Musisz wymagać od siebie kreatywności. Inaczej ta praca szybko by nam się znudziła. Zawsze idziemy i nie wiemy do końca, co nas spotka.
Żywioły nie do przewidzenia: Pogoda i „Ciocia z iPhone’em”
Dawid: A propos nieprzewidywalności… Jak sobie radzisz z gośćmi, którzy podczas najważniejszych momentów wyciągają telefony?
Przemek: Jestem przekonany, że oni nie są świadomi tego, że nam przeszkadzają. Działają w ferworze walki, w emocjach, chcą po prostu nagrać własny materiał. Rozumiemy to. Ale czasem bywa naprawdę trudno. Mamy na przykład ślub w plenerze, para młoda wychodzi, żeby się pocałować, w tle mają wystrzelić kolorowe race… I centralnie w tym momencie ciotka wybiega na środek z telefonem, zasłaniając wszystko. Tego momentu już nie powtórzymy. Warto wcześniej zasugerować gościom, żeby schowali telefony i przeżywali ślub na żywo, a materiał zostawili profesjonalistom. Zauważ, że nawet na wielkich koncertach artyści zabraniają używania telefonów. Wiedzą, że człowiek stojący z ekranem przed twarzą nie jest tak naprawdę „obecny” i nie przeżywa chwili w pełni.
Dawid: Często pada też pytanie od naszych par: „A co, jeśli w dniu ślubu będzie padać?”.
Przemek: Szczerze? My się pogody nie boimy. Deszcz nam nie jest straszny. Mamy w telefonach radary pogodowe i widzimy, jak przesuwają się chmury. Mieliśmy taki ślub w plenerze w okolicach Białej Podlaskiej, gdzie dookoła szalały burze. Powiedzieliśmy: „Słuchajcie, za chwilę mamy 40-minutowe okno bez deszczu. Robimy ślub teraz!”. Szybka mobilizacja, udało się to nagrać. Weszliśmy do środka i pięć minut później zaczęło lać. To kwestia elastyczności. Zawsze mamy plan B i plan C, wykorzystujemy wnętrza. Do deszczu po prostu trzeba się dostosować. Zresztą… piękne przezroczyste parasolki też mają swój niesamowity urok!
Krótka sesja, czyli z wesela znikamy tylko na moment
Dawid: Porozmawiajmy o sesjach w dniu ślubu. Kiedyś standardem było, że para znikała z wesela na dwie godziny. Wyjeżdżali, wujek kręcił film z paska… Zupełnie inna epoka. Potem z tego całkowicie zrezygnowano. My wróciliśmy do sesji w dniu ślubu, ale w innej formie. W formie ekspresowej.
Przemek: Tak, żeby nie porywać Was na długo, bo jak młodzi znikają, to i zabawa na sali często „siada”. Robimy to szybko, w 15-20 minut. Dla pary to chwila oddechu, ale wciąż działają na potężnych endorfinach. W ten krótki czas można ukręcić niesamowite rzeczy. Trzeba tylko mieć w głowie pomysł.
Dawid: Niektórzy fotografowie uwielbiają rzucać hasło: „A teraz stańcie naturalnie!” (śmiech). A przecież pracujemy z ludźmi, którzy nie są zawodowymi modelami! Pary często nie wiedzą, co z rękami, jak się ustawić. My musimy Was w to wprowadzić. Nie chodzi o sztywne pozycjonowanie, ale o takie „zreżyserowanie” sytuacji, wywołanie u Was konkretnej emocji, żeby reszta wyszła już sama, prosto z Was.
Amator czy profesjonalista? Jak to rozpoznać przed podpisaniem umowy?
Dawid: Jak pomóc młodej parze odróżnić profesjonalistę od amatora, kiedy przeglądają portfolia?
Przemek: W dzisiejszych czasach to bardzo trudne, bo sam dostęp do sprzętu jest łatwy. Samo patrzenie na model aparatu nic nie da. Amator może przyjść ze świetnym aparatem i zrobić fatalny reportaż. Zawodowca odróżnisz po przygotowaniu. Na weselu zdarza się wszystko: psuje się body, pada karta pamięci. Amator wpada w panikę. Profesjonalista sięga po drugi, zapasowy aparat z szelek i robi zdjęcia dalej, bo ma to ułożone w głowie.
Dawid: Zgadza się. Sprzęt ma znaczenie w kontekście bezpieczeństwa. Archiwizacja to podstawa. Profesjonalista stosuje zasadę 3-2-1: trzy kopie zapasowe, w dwóch lokalizacjach i jedna w chmurze. Jeśli fotograf zapewnia takie standardy, i do tego ma mądrą, zabezpieczającą obie strony umowę, to wiesz, że jesteś w dobrych rękach.
Przemek: A jak Ty radzisz parom przed nagraniami wideo? Często pytają: krótki, 15-minutowy filmik, czy 2-godzinny klasyk VHS w stylu naszych rodziców?
Dawid: Jeśli nie zależy Wam na klasycznym „tasiemcu”, to najlepszym złotym środkiem jest film 20-minutowy. To optymalny czas – nie za szybko, ale na tyle dynamicznie, żeby nie zacząć ziewać. I co bardzo ważne: mówimy o filmie, nie o teledysku wyciętym z kontekstu. Zawieramy tam oryginalne audio. Głos z przysięgi to często najpiękniejsza rzecz, jaką po latach obejrzycie. Oczywiście, jeśli ktoś ze względu na rodzinę bardzo chce film na 40 minut – też go zrobimy. Ale 20 minut, bez dwugodzinnego ujęcia „rosołu”, to pamiątka, do której faktycznie się wraca.
Zwracam dużą uwagę na relacje na tym filmie. Dla mnie moment, gdy po grupowym zdjęciu wszyscy zaczynają się rozchodzić, mieszać, ściskać i gadać ze sobą, jest często tysiąc razy ważniejszy niż samo ułożone zdjęcie. Zawsze też pytam Was na spotkaniach, czy w rodzinie są jakieś „kłopotliwe relacje”, żeby nikogo nie postawić w niezręcznej sytuacji. My dbamy o ten komfort, na każdym kroku.
Najważniejsza, Złota Rada dla par planujących wesele
Dawid: Zbliżamy się do brzegu. Gdybyś miał dać z perspektywy swojego doświadczenia jedną, najważniejszą radę na sam dzień ślubu – co by to było?
Przemek: Żeby nie przesycać harmonogramu. Nie ładować w ten jeden dzień miliona atrakcji. Skupcie się na dwóch, maksymalnie trzech najfajniejszych. Pomiędzy nimi musi być totalny luz – na zabawę, na rozmowę z bliskimi, na wzięcie głębokiego oddechu. Jeśli będziecie gonić za kolejnym punktem w scenariuszu, powstanie efekt „kuli śnieżnej”. Drobne opóźnienie sprawi, że Wasz stres narośnie, czas zniknie i zamiast cieszyć się najważniejszym dniem w życiu, będziecie nerwowo patrzeć na zegarek. Zostawcie te ramy czasowe nam. Wy po prostu bądźcie tam.
Dawid: I niech to będzie nasza puenta. Dzięki Przemku za spotkanie i rozmowę!
Przemek: Dzięki, do zobaczenia!